|
Archiwum
Zakładki:
Bliże:
Na nudę:
Posiedź, potańcz
Potrzebne:
Tylko te teatry
Wkładam w to ręce:
|
sobota, 16 stycznia 2010
że będę miał chłopaka że będę chodził w dresowych spodniach że będę pracował w tej branży że mój chłopak będzie siedział z moimi znajomymi z pracy przy moim biurku, gdy ja będę na spotkaniu w ambasadzie że pojadę do Lizbony że spędzę noc, tańcząc ze słuchawkami na uszach że będę się cieszył na myśl o sprzataniu piwnicy w mieszkaniu starego rzeźbiarza że ze znajomymi będziemy udawać zaprzęg reniferów, wdrapując się Tamką pod górę że tak łatwo można przejść z jednej strony na drugą:
;)
czwartek, 24 grudnia 2009
Mąż kupił bilety do Lizbony! Lecimy w lutym :) Całe dziesięć dni w temperaturze o jakieś 30 stopni wyższej niż w Polsce. Rześkie atlantyckie powietrze, rzewne fado i rozżarzone do czerwoności slodkie porto... Kręte ciasne uliczki, stare kamienice, tramwaje elektryczne i cudowne kolorowe Barrio Alto... Już za sześć tygodni! Tymczasem święta w Polsce. W domu rodzinnym. Od jutra. Wziąłem kilka filmów, żeby pokazać rodzicom. Wziąłem też kilkanaście dla siebie. Może się nie zanudzę. W sumie mamy sobie co opowiadać, ale lepiej być przygotowanym na najgorsze. Wracam już w sobotę, najpóźniej w niedzielę, by poświęcić całe osiem dni mężowi i rozmaitym rozmyślaniom. A rozmyślać jest o czym. Ze starymi znajomymi powołuję do życia nowe stowarzyszenie. Przejmujemy najbardziej undergroundową gazetę w tym mieście i robimy z niej zupełnie coś innego, a do tego z moimi zdjęciami! Przygotowujemy sekcję polską na festiwal sztuki w Malmo. I opracowujemy ofertę działalności gospodarczej, którą wykosimy wszystkich pretendentów do najlepszych lokalizacji w tym mieście. Może w przyszłym roku spotkamy się w... ;) W pracy kilka nowych projektów i podwyżka. Zaraz po świętach przyjmujemy strategię na lata 2011-2013. Ponieważ nasz sztandarowy projekt to absolutny sukces, czas wymyślać kolejne! Rok 2009 był rokiem przymusu. Rok 2010 musi być rokiem sukcesu. A jeśli nie sukcesu, to przynajmniej frajdy, która wynagrodzi porażkę ;) Tymczasem polecam wszystkim Jonathana Bouleta:
niedziela, 15 listopada 2009
Wróciłem przed chwilą z basenu. Od trzech miesięcy kupuję wraz z mężem kartę sportową, która upoważnia nas do nieograniczonego wstępu na wszystkie obiekty sportowe w tym mieście. Od tego bogactwa możliwości pomieszało się nam w głowach i jeszcze ani razu na nic się nie zdecydowaliśmy. Łącznie kosztowało nas to już 600 PLN. Jeśli zestawić ten koszt z moją dzisiejszą aktywnością mieszczącą się w ramach upoważnień, które mam dzięki karcie, jest to moja najdroższa wizyta na basenie ever! Zrobiłem pięćset metrów w kwadrans i ledwo żywy zebrałem się do domu. W szatni spotkałem nagiego doktoranta z mojego niegdyś wydziału. Warto nadmienić, że jest on brzydki ponad wszelką miarę i w każdym calu. Wróciłem więc zniesmaczony zarówno moja słabą kondycją, jak i przeżyciamy aestetycznymi. Nie czuję się zdrów. Coś zalega mi w drogach oddechowych. Doprawiłem się chyba podczas wczorajszego nocnego spaceru z mężem przez most. Po wyjściu z Hydro postanowilismy nie brać taksówki, wzięliśmy się więc pod ramię i ruszylismy pieszo do domu. Widoki z mostu były cudowne, reakcje prażan na nasz widok - śmieszne. Mogłem się jednak doprawić również dzień wcześniej. Byłem na wyjeździe służbowym donikąd. Nigdzie mieściło się gdzieś miedzy mazowieckiem a łódzkiem w straszliwym ośrodku wybudowanym w czasach PRL. Początkowo myślałem, że straszność całego tego kompleksu zasadza się jedynie na różnych powierzchownych niedopatrzeniach. Po otworzeniu drzwi z dykty wiedziałem już, że to nie symulakra ośrodka wypoczynkowego rodem z minionego ustroju, który ma udawać sam siebie i przyciągać turystów, lecz najprawdziwszy ośrodek wypoczynkowy z całym swoim topornym dobrodziejstwem. W łazience śmierdziało kanalizacją i nie było brodzika, chociaż był prysznic. W sześciodrzwiowej szafie wbudowanej w ścianę żadne drzwi się nie zamykały. Zasłona była udekorowana gumą do żucia. Łóżka były małe, koce obrzydliwe, pościel nie pachniała nowością. Na ścianach były dwa żyrandole wykonane z popielniczek szklanych, które miały imitować kryształowe. Generalnie było zimno i głodno, ale nawet bym nie narzekał, gdyby nie to, że pierwszej nocy nie mogłem zmróżyć oka. Nie wspomniałem, że w każdym pokoju były zakwaterowane dwie osoby. Mój współlokator wydawał przez sen takie dźwięki, że po 15 min ubrałem się i postanowiłem spędzić noc na schodach. Była awaria prądu, więc siedziałem tam po ciemku, wcinałem resztki czekolady, które znalazłem w kieszeni i paliłem papierosy. Kiedy sen zmorzył mnie na dobre, założyłem słuchawki i wróciłem do łóżka. Słuchawki są solidne, więc wygłuszyły wiekszość dźwieków z zewnątrz. Okazało się jednak, że wszystko w pokoju wibruje! To nie było chrapanie, to było stado jeleni na rykowisku!!! Rano wstałem, poszedłem do recepcji i zażądałem jedynki. Nie było. Poszedłem więc na śniadanie, wykonałem misję, którą miałem do wykonania i postanowiłem wracać. Na szczęście PLAY ma zasięg nawet tam, gdzie nie ma prądu, więc obczaiłem sobie drogę do domu. Najpierw musiałem dostać się do Tomaszowa... Wyszedłem na autobus podmiejski, który miał być dopiero za pół godziny i począłem łapać stopa. Złapałem po kwadransie, więc się opłaciło. Tomaszów przemierzyłem linią nr 13, by dostać się na dworzec PKS. Stamtąd ruszyłem PKS-em do Łodzi. W Łodzi zdążyłem wypalić pól papierosa i wsiadłem do pociągu do Warszawy. Nigdy więcej nie wyjadę z tego miasta. A co tam w kulturze? Anita Lipnicka wydała nową płytę. Sama! Napisała, skomponowała, zagrała, wyprodukowała. Niezła jest. W sensie Anita. Płyta jest smutna... Widziałem też wreszcie Zero i przedpremierowo Rewers. Pierwszy film OK. Miasto-kosmos, milion wątków, które się przecinają, zapętlają, ale nie wymykają reżyserowi spod kontroli. Ładne. Natomiast Rewers to absolutny film roku! Świetny, ciekawy, zabawny, trzymający w napięciu. Polski kandydat do Oscara. Niestety w tej samej kategorii, co kanadyjski film Zabiłem moją matkę, który jest moim absolutnym faworytem. Zarówno nasz, jak i ich mają w fabule większe lub mniejsze myki gejowskie. Polecam!
niedziela, 08 listopada 2009
niedziela, 25 października 2009
wtorek, 20 października 2009
Już w ten piątek nowa płyta Agnieszki Chylińskiej. Dysonans poznawczy powoli ustępuje lekkiemu podrygiwaniu biodrem. Miejmy nadzieję, że ekipa z 11 listopada żywo zareaguje na tę nowość, kiedy będziem tam bawić ;)
Dwa tygodnie później Marcin Hycnar wystąpi w roli Artura. Teatr Narodowy - 29 października o 19:30 - premiera Tanga według Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego.
A Universitas wydało jakiś czas temu opasłą biblię homoseksualistów, która opisuje ich historię w historii. Geje i lesbijki - życie i kultura, red. Robert Aldrich, ISBN-13: 978-83-242-0851-7.
A co tymczasem? Pstro! Dzisiaj był dobry dzień. Zacząłem go od bezcelowej przejażdżki po Warszawie. Padało, było strasznie, a ja w ciepłej Toyocie, którą przed chwilą jechał prezes, rozmyślałem o tym, czy nie powinienen był jednak zabrać ze sobą aparatu. Okazało się, że nie, bo cel mojej podróży zachorował i z nagrania dupa. Wróciłem zatem do biura i dokończyłem deal z Izraelem. Lubię tych ludzi bardzo! Żadnego żarcia się o kasę, maile w stylu we can write in the invoice everything, what you want ;) Zupełnie inaczej niż z Rosjanami, ale nimi akurat nie muszę się zajmować. Głupie zdjęcie jet 5 razy droższe niż w Europie. Rozmawialiśmy dzisiaj dużo o kulturze. Jak zwykle. Zastanawiało nas, czy noszenie majtek na kalesony przez wszelkiej maści super heros mieści się w kategorii gueer. Parafrazowaliśmy również znane piosenkarki, które to przykuwają się do psich bud, by polepszyć los psów łańcuchowych, to znowu śpiewają wiersze papieża. A wszystko na Placu Zamkowym w odstępie tygodnia. I tak obok ciasnych spódniczek mieliśmy na bioderkach ciasne owieczki. Udawaliśmy również surykatki, ziewając. Właściwie była to reinterpretacja figury łaskotanego lemura. Oglądali nas ludzie z ulicy, bo biuro mamy na parterze. LOL!
niedziela, 11 października 2009
Mąż bronił się niecały tydzień po mnie. W tym czasie moje nowe zajebiste buty zdołały przysporzyć mi wielkiego cierpienia. A właściwie to przysporzył mi go lewy but... Nieco ponad piętą. Okrutny! Wziąłem wolne w pracy, by tego dnia być blisko męża. Bliskość tę jednak pojmować trzeba nieco bardziej metaforycznie niż zazwyczaj. O 9:00 on pojechał na akademię, a ja - do cukierni, która nota bene mieści się obok mojego biura. But zaczął mnie obcierać strasznie, ale się nie dawałem. Kuśtykając przez rozkopane Nowolipki, próbowałem nie spotkać nikogo z pracy, by nie odpowiadać na idiotyczne pytania w stylu "to ty nie na urlopie?". Udało się. Przedarłem się przez piachy, rozkopy, zastępy betoniarek i wywrotek. Kupiłe zajebiste babeczki kajmakowe, jakich nie ma w żadnym innym miejscu w tym mieście i rozpocząłem drogę powrotną. Zadanie miałem nieco utrudnione, ponieważ oprócz wcześniejszych przeciwności losu, które musiałem pokonać po raz kolejny, musiałem uważać dodatkowo na całe pudełko babeczek, które niosłem w ręku. O paleniu mogłem zapomnieć. Drugim zadaniem było kupienie dobrego wina. Winiarni na Bankowym jak psów... Na szczęście był sklep całododobowy, w którym nawet był przyzwoity wybór. Kupiłem dwie butelki. Wpakowałem do plecaka i poszedłem szukać korektora taśmowego. Wychodząc ze sklepu, jebnąłem się drzwiami w lewą nogę tak stasznie, że w oczach stanęły mi świeczki. Poczułem, jakby mi ktoś wbijał gwóźdź w nogę. Z dużym obciążeniem, z pudłem babeczek w ręku, ze łzami w oczach poszedłem na pocztę. Wylosowałem numerek 70. Na ekranie: 64. Decyzja: czekam. Stojąc w kolejce obserowałem sceny, jak z Wesela Wyspiańskiego czy też może raczej z jego kampowej ekranizacji. Jacyś rzutcy inwalidzi, bezczelni starcy, chamska ciężarna. Masakra! Była może 9:30, a oni już zaczęli napierdalać się nazwajem. Też bywam rano wściekły, ale bez przesady... ;) Kupiłem korektor. Taśmowy, czyli taki, jakiego potrzebował mąż. Obolały, prawie spóźniony, ranny zacząłem się rozglądać za taksówką. Oczywiście była, przecież to centrum miasta. No, może śródmieście północne... Była więc, ale po drugie stronie jebanego placu. I znowu: krew lejąca się z mojego drogiego buta, butelki obijające się w plecaku, pudło, którym wiatr robił jak chciał i korektor w dłoni... I ja w tym wszystkim, z tym wszystkim przbijający się przez najdłuższe chyba w tym kraju przejście dla pieszych z czterema postojami w trakcie. Jezusie! Jak dopadłem do samochodu, wczołgałem się do niego i poprosiłem na Powiśle. Pan oczywiście nie wiedział, gdzie dokładnie jest budynek, którego adres mu podałem. Uparł się, że za Buwem. Ja mówię, że nie, ale ten jedzie. Pytam, to za to zapłaci. On, że jakoś to będzie. Ja na to prawie, żeby wypierdalał, ale w zaistniałej sytuacji, to raczej ja bym musiał wypierdalać, a najmniej mi na tym zależało. Dojechałem, przekazałem wszystko mężowi, dopilnowałem czego trzeba i wypaliłem ze 4 papierosy. Obrona przebiegła dobrze. Mąż oczywiście zebrał laury, oklaski i propozycje współpracy od dwóch najlepszych uczelni w tej części Europy. Wieczorem wraz z grupą znajomych zalegliśmy w Oparach absurdu. Tak na chwilkę. Prawdziwe imprezy dopiero przed nami. Co tymczasem? Tymczasem wolność, seks i kultura. Wolne wieczory, wolna głowa, spokojne poranki. Zero stresu, nerwów, mniej kłótni ;) Nowa płyta Kayah, Marysi Sadowskiej, Pearl Jam, Tori Amos, Yeah Yeah Yeahs. Nowy film Almodovara, Tarantino i 25. WFF. Nowe książki, a wśród nich Wilgotne miejsca Roche ;) Nadrabiam zalegości, wracam do obiegu towarzyskiego etc. Lobbuję:
środa, 30 września 2009
I po wszystkim! Dzisiaj zostałem magistrem. To był ostatni termin. Jak zwykle... ;) Niewiele zmieniło się w moim życiu. Jutro wracam do pracy. Obrona przebiegała w miłej atmosferze. Zamiast kwiatów kupiłem filmy islandzkie i czekoladki z chilli ;) Rano oczywiście stwierdziłem, że jednak nie mam się w co ubrać i że muszę jechać natychmiast po jakiś garnitur. Mój nieoceniony mąż przemówił mi jednak do rozsądku i skomponował z tego, co było w naszych szafach, całkiem seksowną całość. No i nie ubrał mnie w żaden garnitur! A już było blisko, żebym się złamał... Kupiłem zatem tylko buty. Drogie i ładne, ale nadają się również na inne okazje, więc pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto ;) Obronę miałem o 14:00. O 13:00 siedziałem w białych bokserkach pośród stert białych kartek... Z kompem pod ręką, z pudełkiem butów pod nogami, z pracą magisterską na kolanach. Trochę się trzęsę. Trochę nie wiem, co teraz. Czy sprzątać? Czy pić? Czy odpoczywać? W pierwszej powie lutego lecę na tydzień do Reykjaviku. Chętnych zabieram ze sobą. Koszt: 3-3,5 tys. PLN. Teraz poświęcę się już tylko przeżywaniu wszelakich przyjemności. Czekam jeszcze tylko na męża, który broni się za kilka dni.
poniedziałek, 21 września 2009
W poniedziałek lub w środę mam obronę. Starczy już lipy z miodem pod wydziałem. Starczy jointów w drzwiach i wpisów w indeksie. Koniec. Ostatnie wizyty tu i tam. Ostatnie maile i telefony. Ostatnie spotkania...
wtorek, 08 września 2009
Piątka w skrócie
Co lubię w byciu piątką
Co jest trudne w byciu piątką
|